środa, 11 marca 2015

Życie jak w Madrycie - wpadłam pod wyciąg

Kto by pomyślał, że można wpaść pod wyciąg narciarski. A jednak. Konkretnie pod kanapę. I to jeszcze jak! Aż sam wyciąg zatrzymali i próbowali mnie pozbierać do przysłowiowej kupy (paradoksalnie obsługa wyciągu prawie wykręciła mi przy tym kostkę, ale co tam. Będzie się czym chwalić wnukom, co się na nartach wyczyniało!)

Narty kocham i ubóstwiam. Ba, jeżdżę na nich od dziecka, bo po raz pierwszy założyłam je, gdy miałam 5 czy 6 lat. I tak sobie jeżdżę rok w rok. Chyba, że śniegu nie ma :P
I chociaż już trochę na nich jeżdżę, to o wszystkich moich akrobacjach, wyczynach i wywrotkach można już napisać książkę o tytule: "Jak NIE powinno się jeździć na nartach".



Podsumowując całe ferie (choć od moich minęło trochę czasu, a trzeba Wam wiedzieć, że rdzenna ze mnie Wielkopolanka) na samym stoku prawie przejechałam ok. 10 osób, przy zsiadaniu z kanapy niemalże zabiłam 3 czy 4, co najlepsze do spółki z Julią, którą mieliście okazję poznać w sierpniu. Kilka razy prawie złamałam kark na lodzie i raz prawie utopiłam się w jeziorze. Podobno zamarzniętym i -bądź co bądź faktycznie takie było- ale gdy wkroczyłam na zdradliwą powierzchnię z miną mówiącą: "To ja tu jestem szefem, a ty lodzie - tylko złym pomiotem zimowej aury!", lód stwierdził, że pozwalam sobie na zbyt wiele i wystarczył jeden jego szczęk, bym w dwóch podskokach znalazła się na brzegu. Oczywiście wrzeszcząc niczym potępiona dusza w siódmym kręgu piekła.
A Julia stała i się śmiała, takie to było zabawne! Swoją drogą ciekawe, czy moje topielcze truchło też byłoby takim zabawnym widokiem... Pewnie tak, trzeba zapytać samą zainteresowaną.

Póki co żyję, przywykłam do swojej niezdarności i skłonności do wypadków (czy też pakowania się w kłopoty). Niektórzy twierdzą, że ja i moje perypetie są całkiem słodkie. Osobiście śmiem polemizować, czy słodki jest widok panny zwijającej się z bólu i ciskającej piorunami na wszystkie strony bo np. uderzyła małym palcem od stopy o kredens, gdy leciała do kuchni po herbatę. No cóż, są gusta i guściki. O gustach ponoć się nie dyskutuje.

Tak oto przeżyłam ferie. 'Przeżyłam' w znaczeniu dosłownym, bo jeśli pomimo moich wszystkich przygód wciąż jestem w jednym kawałku, to chyba należy to uznać za całkiem niezły sukces.
Czasem tylko odwiedza mnie stary znajomy - Pan Katar. Balowało się po okolicznych parkach i jeziorach wsi Dolnego Śląska, a co! No wiecie, bieganie wieczorem po lekko zdezelowanych, aczkolwiek bardzo urokliwych miasteczkach, gdzie nie ma żywej duszy dookoła; spacerek z 2metrowym kijem i śpiewanie własnej przeróbki kolędy i rozbijanie lodu w trzech czy czterech zbiornikach wodnych z rzędu, niczym rosyjski lodołamacz na Morzu Białym.Dziecinna, ale za to fajna zabawa. Oj tam, no co.. przynajmniej nie siedziałyśmy przed komputerem.
Wróć, zapomniałam o wycieczce do opuszczonego kościoła bez dachu. Luzik, był opuszczony od 1945 roku! Co prawda od tego czasu zmienił się w dżunglę usianą tu i ówdzie porozbijanymi butelkami, zużytymi chusteczkami higienicznymi i częściami sprzętów AGD, ale to nie przeszkodziło nam w zwiedzaniu pozostałości spalonego budynku. W zasadzie nasze zwiedzanie polegało na moim dumaniu jak stare są mury kościoła bez czytania tablicy informacyjnej i dyspucie jakby się tu dostać na wieżę. Problem w tym, że wejście zniknęło w jakiś tajemniczy sposób i to ostatecznie przekonało nas do tego, by zostać na parterze budynku.
Tym optymistycznym akcentem zakończę. Oj, będzie co wnukom opowiadać.

2 komentarze:

  1. Moja kochana cieszę się niezmiernie że tutaj wróciłaś ;)
    Nie martw się nie jesteś sama też jestem niezdarna i mam skłonności do pakowania się w kłopoty.
    Więc możemy przybić sobie piątkę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę, ale pewnie by mnie tu nie było, gdybyś mnie nie zmotywowała pod ostatnim postem ;)
      Dziękuję i przybijam piątkę :D

      Usuń